wtorek, 21 lipca 2015

rozdział 36



Już prawie skończyłyśmy sprzątać, gdy nagle Meg wybiegła z domu i popędziła do Willa. Chwile stałam zaskoczona i już miałam iść za nią, ale usłyszałam dzwonek telefonu.- Halo?- odebrałam nie patrząc kto to.- Rose? Tu Bruno.- przewróciłam oczami. 
 Był ostatnią osobą z którą chciałam gadać.- Rose, ja dzwonię ,bo… Jak ci się mieszka?- zmienił szybko temat. Powiedział to nienaturalnie wysokim głosem.- Dobrze.-ucięłam.-Co chcesz?
-Rose… tęsknię…-rozłączył się. Chyba bał się mojej reakcji. Mniejsza o to. Ciekawe co się stało z Meg. pobiegłam  do domu Willa. Gdy już dotarłam wpadłam wprost na chłopaka.- Oj sorki.- rzuciłam przeprosiny.- Jest na górze.- powiedział jakby czytał mi w myślach, po czym usiadł na stołku. Na stole przed nim stała napoczęta butelka jakiejś nalewki.  Napełnił kieliszek i dodał- Jest z nią jakiś blądyn…- Niall!!! Zatłukę go! Jeszcze pare dni temu dusił ją przy ścianie, a teraz jest z nią i robi nie wiadomo co. Opróżniłam kieliszek i wbiegłam na górę wściekła. Jak burza wpadłam do pokoju niebiesko-włosej. Niestety nikogo nie zastałam ,ale usłyszałam jakieś pomruki z łazienki. Wściekłość pulsowała w moich żyłach. Oczy pociemniały, a całe ciało zesztywniało na samą myśl, że ten damski bokser znowu mąci jej w głowie. Szybkim ruchem otworzyłam drzwi i wparowałam do środka. Zobaczyłam ich razem w wannie wtulonych w siebie. W innych okolicznościach (znaczy z kimś innym) byłoby super. Sama nie wiem kiedy zaczęłam wrzeszczeć- Wiedziałam! Wiedziałam! Ja po prostu byłam tego pewna! Megan wyłaź z tej wanny, a ty farbowany blądasie wypierdalaj, bo ci kolana przestrzelę ii za jaja uwieszę do sufitu. Pierdolona szumowino! Jebańcu pierdolony!- wrzeszczałam bez opamiętania. Niall chyba się przeraził wizją dyndania na klejnotach, bo wyskoczył z wanny i owinął się ręcznikiem.- Rose uspokój się.- Meg starała się złagodzić sytuację, ale nie tym razem.- wyjdź stąd.- i rzuciłam w nią jakimś ręcznikiem.
-Ale…
 
-Nic nie mów. Z tobą  pogadam sobie potem!- i jak tylko wstała złapałam ją za ramie i wyrzuciłam za drzwi zamknęłam drzwi na klucz i podeszłam do chłopaka. Szybkim ruchem złapałam go za gardło tak jak on niedawno Meg.-Słuchaj skurwielu, odpieprz się od Megie. Wypierdalaj z jej życia, bo jak jesze raz ją skrzywdzisz to ja skrzywdzę ciebię- i walnęłam jego głową o ścianę.- Rose- powiedział spokojnie- ja ją kocham- na sekundę poluzowałam uścisk na jego krtani. Gwałtownie nabrał powietrza.- Kłamca!!- wrzasnęłam a moja dłoń znów zacisnęła się skracając jego oddech.- łżesz jak pies, zasrańcu!!!- wrzeszczałam, a Meg dobijała się do drzwi.-Kocham ją Rose. Jest dla mnie wszystkim. Nic tego nie zmieni, nawet ty.- a łzy zaczęły spływać po jego policzkach. Każde kolejne słowo było coraz słabsze i cichsze. Puściłam go, a on z łomotem upadł na podłogę. Złapał się za gardło i leżąc szeptał- Błagam, Rose. Nie wiem za co mnie tak nienawidzisz, ale błagam wybacz mi. Wiem jak ważna dla ciebie jest Meg  i dla tego proszę, wybacz.- jego głos był zachrypnięty i słaby.- Meg jest dla mnie jak siostra i będę ją chronić za każdą cenę. Pilnuj się- zakończyłam.- A teraz idź- „pożegnałam” go chłodno i poszłam do siebię. Wzięłam prysznic i ubrałam coś do spania. Zeszłam na dół i wzięłam małą. Zaniosłam ją do łóżka. Sama ledwie się położyła i już spałam. Obudziłam się grubo po 12.00. zeszłam na dół. Przywitałam zaspanym uśmiechem skacowanego Willa. Podeszłam do lodówki i wyciągnęłam jakiś jogurt. Całe popołudnie Megie i Ida spały. Mała wstała około 16.00., a Meg około 18.00. obie były bardzo głodne więc wyszłyśmy na polowanie. Znaczy one na polowanie a ja na spacer. Po paru chwilach dziewczyny wyczuły zwierzynę i zostawiły mnie. Przeszłam zaledwie kawałek gdy otoczyły mnie ciche szmery. Po chwili z ciemnych gałęzi wyłoniło się 9 wielkich wilków. Powoli podchodziły do mnie coraz bliżej. Nagle jeden z nich rzucił się na mnie. Ze strachu strzeliłam w niego niekontrolowanym strumieniem wody. Strzał był na tyle silny, że wilk przekoziołkował pare metrów. Wilki w jednej chwili cofnęły się i stanęły obok siebie. Największy z nich głośno zawył i po chwili zamienił się w wysokiego, postawnego mężczyznę. Zaraz potem cała reszta też przybrała ludzką postać. Ten wilk co walnął w drzewo był ciemnowłosy, bardzo chudy i umięśniony.
  
Wstał i stanął obok (chyba) alfy.- wilkołaki- szepnęłam zaskoczona.
-Elf wodny- powiedział alfa.- jestem Crage (Krejg), alfa.-potwierdził moje podejrzenia.
- Jejku tak strasznie przepraszam-spojrzałam na kasztanowłosego.
- To Chase (Czejs). Nic mu nie jest.- ucioł Crage. Chase podał mi sztywno rękę.
Nagle obok mnie pojawiła się Meg. Cała wataha w jednej chwili zaczęła warczeć.-Rose wszystko Okay?- zapytała Niebieskowłosa gotowa do ataku.- tak wszystko wporządku. Proszę uspokójcie się- zwróciłam się do watahy, która w sekundę znów stała spokojnie.- To Megie, moja przyjaciółak. Jest wilkiem.- przedstawiłam smerfetkę. Nagle wszyscy rzucili się na nas, ale… z uściskami. Ja wiem doskonale, że wilkołaki są bardzo… tulaśne(?)... ale żeby aż tak. Wszyscy naraz krzyczeli swoje imiona:
-Jestem Jessy- zawołała niebieskooka blądyneczka     
-A ja Aleck- dodał jej męski klon.
-to Christy- ktoś przedstawił drobną, rudą dziewczynę.- a to Drake- dodał wskazując na azjatę.
- Jestem Franklin, ale mów mi Frank- dopchał się do nas bardzo jasny blondyn.
- Hej jestem Robby- Przedstawił się ostatni, czarnoskóry chłopak.
Nastała cisza, ale w mojej głowie wciąż dudniły ich imiona. Bolała mnie ręka od uścisków i klatka piersiowa od przytuleń…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz