niedziela, 13 września 2015

Rozdział 43

 
Otulona w kołdrę patrzyłam jak zbliża się do mnie. Na twarzy miał szeroki uśmiech, a ja czułam narastającą wściekłość.-  Jak mogłeś! Ufałam ci! Myślałam, że masz choć odrobinę przyzwoitości! Luckiego sumienia!-rzuciłam się na niego z pazurami.
-Rose! Przestań! Nic to nie da z twoją siłą! poza tym to nie ja!
- Ale wiesz o co chodzi! To twoja wina!- wrzeszczałam dalej usilnie "dusząc" go.
-Rose! Rosy.- uspokajał mnie, a ja opadłam na pościel. Ukryłam twarz w dłoniach czując napływające łzy.- Rosy, nie płacz. to nie twoja wina. ani twoja, ani moja.
- Ale chciałeś tego- spojrzałam na niego zapłakana.
-Nie. Zależy mi  na tobie, ale nigdy nie zrobiłbym czegoś takiego. doskonale wiem, że tylko bym cie zranił.
- Skoro to nie ty, to skąd wiesz o co mi chodzi?
- Bo widziałem jak Harry i reszta pobili Caspra. To jego wina.
- Pobili go, a ty nic nie zrobiłeś?- jak on mógł spokojnie na to patrzeć
- Bo mu się należało i chętnie sam bym go pobił.- uniósł się złością.-Obiecuję, że wyjaśnię wszystko z Harrym.
-Nic już lepiej nie rób. Po prostu mnie wspieraj, jak przyjaciel- mocno go przytuliłam.

 Nagle Bruno mnie odsunął.- To Harry.- oświadczył, a ja w drzwiach zobaczyłam tylko znikający fragment jego płaszcza.- Harry!- zarwałam się z łóżka i pobiegłam za nim.-Harry!- wołałam za nim. Biegłam za nim i biegłam. i gdy wreszcie miałam złapać go za ramię... wyryłam o podłogę z wielkim HUK!!- Rose! Ja pierdole! nic ci nie jest?!- Harry wreszcie się odwrócił i na mnie spojrzał.- cały świat wirował i nie byłam w stanie sama wstać. Styles pokręcił głową, westchnął i podniusł mnie z podłogi. Po chwili delikatnie odłożył mnie na łóżko.- Czy ty musisz być taką pieprzoną niezdarą!- zaczął na mnie krzyczeć. Chciałam zaprotestować, ale w tej sytuacji miał rację.- Zawsze muszę się o ciebie troszczyć! Jak tu mieć cie w dupie, kiedy nie umiesz o siebie zadbać! - potarł dłońmi twarz.-zajmij się nią.- zwrócił się do Bruna, ale nie spojrzał na niego. Głęboko westchnął i wyszedł. nagle Bruno zerwał się z łóżka- Hej Rose, spójrz!- patrzył przez okno. Podeszłam do niego. Za oknem była już noc. Jedynie drzwi szpitala były oświetlone słabymi żarówkami. Na szybie dostrzegłam osadzające się słabe płatki śniegu. Nagle rozpromieniałam śledząc wzrokiem każdy pyłek białego puchu. Przez to wszystko zapomniałam, że do świąt został zaledwie tydzień (+/- 3 dni Pogubiłam się w rachubie czasu). przypomniały mi się te piękne czasy gdy wigilię spędzałam u rodziny Alice, a resztę ferii u babci. A także te czasy jak święta mogłam spędzić w domu. łza zakręciła mi się w oku jak pomyślałam o rodzicach. W zasadzie kompletnie nie rozumiem ich postawy. A teraz tak myśląc to nie rozumiem większości dorosłych. Rodzice. Co to znaczy? Teraz, w naszych czasach chyba nic. Tu nie chodzi tylko o moich rodziców, ale też o Meg, Idy i innych osób, których imiona i tak wam nic nie mówią.
 
No właśnie Alice! co się z nią dzieje? I co z aniołkiem? I jak na zawołanie do sali weszły...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz