Do Sali weszły one. Moje najdroższe, najwspanialsze
przyjaciółki. Rzuciłam im się na szyje i mocno wyściskałam.-Alice! Eva! Jejku,
tak strasznie tęskniłam. Ojej jak wy się zmieniłyście. Ali, kwitniesz przy tym
Bieberze. A ty…- chciałam powiedzieć coś miłego, ale nic nie przychodziło mi do
głowy.- wyglądasz strasznie. Czyżbyś już całkiem rzuciła jedzenie? Ten TYP o
ciebie w ogóle nie dba!
-Dba! To ja o siebie nie dbam- powiedziała przepraszającym
tonem
- No dobrze- uśmiechnęłam się
-A co u ciebie i tego napalonego loczka?- Alice zapytała
zadziornym tonem. W odpowiedzi odwróciłam wzrok czując napływające łzy- Hej co
jest?- uśmiech znikł z jej twarzy. Na szczęście uratowała mnie Megie- Rose,
przyniosłam ci ubranie.- wyszczerzyła zęby w uśmiechu.- Och…- westchnęłam. To
właśnie moja Meg. Jest taka troskliwa.- Dziękuję.-przytuliłam ją, a ona jak
radar-Wszystko okay?- pokiwałam szybko głową, ale po jej oczach widzę, że mi
nie wierzy. I ma rację.
-Wszyscy wyjechali na święta- powiedziałam myśląc o watasze
zamieszkującej nasz dom. Mam nadzieje, że Crage jest uczciwy i, że zapłacił za
ostatni tydzień. Meg tylko przytaknęła nic nie mówiąc. Nagle na sali rozległ
się dzwonek. Spojrzałam w stronę źródła dźwięku i napotkałam tam Bruna- Yhm…tak…rozumiem…tak…dobrze…-
i się rozłączył. Podszedł do mnie, złapał za ręce i zaczął się tłumaczyć- Rose,
koch…znaczy dasz sobie radę, prawda? Muszę iść. Casper… wiesz jaki on jest.
Znowu narozrabiał i wzywają mnie. Ale poradzisz sobie? Tak? Na pewno? Dasz radę?-
pocałował mnie…nie wiem jak to określić… rzęsiście? W policzek i wyszedł.
Meg
też w między czasie poszła, ale teraz i tak nie miałabym dla nich czasu. Jest
Alice i Eva, a my tak długo nie gadałyśmy. Chwile plotkowałyśmy o naszych…ich miłościach i o naszej…ich szkole. Nagle wpadł
doktorek, wcisnął mi jakiś druczek i długopis. Przeczytałam „wypis” i natychmiastowo
podpisałam. Potem dał to samo Meg (chyba się jej bał) i poszedł.- idę do
toalety.- powiedziała smerfetka i też wyszła. Szybko się przebrałam i z powrotem
zajęłam się rozmową. Znowu nam przerwano. Tym razem to Harry. Niósł coś
parującego.- pij- powiedział oschle. Był szorstki, ale w troskliwy sposób. Robimy
postępy. Szybko oprurzniłam kubek pod czujnym okiem Styles’a.
Po chwili wróciła
Megie i po zapachu poznałam, że była na fajku, albo fajkach. O kurwa, też chce
zapalić.- Meg daj mi but to już będziemy szli.- już chciałam wyjść z tego
szpitala. Meg zrobiła wielkie oczy- Tak się składa, że ich nie wzięłam-
wydukała.
-Oh…- takiego obrotu sprawy się nie spodziewałam- no to
pójdę na bosaka- nie traciłam zapału, ale moje plany legły w gruzach, bo zanim
się obejrzałam Harry chwycił mnie i podniósł (oczywiście musiał głęboko westchnąć.)- chodźmy-
powiedziała zadowolona Megie. Szliśmy korytarzami, aż doszliśmy do drzwi. Gdy
tylko wyszliśmy na zewnątrz zaczęłam szczękać zębami i cała się trząść. Harry mocno
mnie przytulił i w miarę możliwości okrył płaszczem. Mimo jego starań cała
przemarzłam. Zaniósł mnie szybko na górę i położył do łóżka. Okrył szczelnie
kołdrą i 2 kocami, ale i tak nie mogłam przestać dygotać. Zrezygnowany spojrzał z
politowaniem, po czym zaczął się rozbierać. Zdjął płaszcz, buty oraz jeansy i wślizgnął się pod kołdrę. Obiął mnie i
mocno przywarł całym sobą oddając całe ciepło. Nie minęło 5 minut i już spałam.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz