poniedziałek, 14 września 2015

Rozdział 44



 
Do Sali weszły one. Moje najdroższe, najwspanialsze przyjaciółki. Rzuciłam im się na szyje i mocno wyściskałam.-Alice! Eva! Jejku, tak strasznie tęskniłam. Ojej jak wy się zmieniłyście. Ali, kwitniesz przy tym Bieberze. A ty…- chciałam powiedzieć coś miłego, ale nic nie przychodziło mi do głowy.- wyglądasz strasznie. Czyżbyś już całkiem rzuciła jedzenie? Ten TYP o ciebie w ogóle nie dba!
-Dba! To ja o siebie nie dbam- powiedziała przepraszającym tonem
- No dobrze- uśmiechnęłam się
-A co u ciebie i tego napalonego loczka?- Alice zapytała zadziornym tonem. W odpowiedzi odwróciłam wzrok czując napływające łzy- Hej co jest?- uśmiech znikł z jej twarzy. Na szczęście uratowała mnie Megie- Rose, przyniosłam ci ubranie.- wyszczerzyła zęby w uśmiechu.- Och…- westchnęłam. To właśnie moja Meg. Jest taka troskliwa.- Dziękuję.-przytuliłam ją, a ona jak radar-Wszystko okay?- pokiwałam szybko głową, ale po jej oczach widzę, że mi nie wierzy. I ma rację.
-Wszyscy wyjechali na święta- powiedziałam myśląc o watasze zamieszkującej nasz dom. Mam nadzieje, że Crage jest uczciwy i, że zapłacił za ostatni tydzień. Meg tylko przytaknęła nic nie mówiąc. Nagle na sali rozległ się dzwonek. Spojrzałam w stronę źródła dźwięku i napotkałam tam Bruna- Yhm…tak…rozumiem…tak…dobrze…- i się rozłączył. Podszedł do mnie, złapał za ręce i zaczął się tłumaczyć- Rose, koch…znaczy dasz sobie radę, prawda? Muszę iść. Casper… wiesz jaki on jest. Znowu narozrabiał i wzywają mnie. Ale poradzisz sobie? Tak? Na pewno? Dasz radę?- pocałował mnie…nie wiem jak to określić… rzęsiście? W policzek i wyszedł. 
 Meg też w między czasie poszła, ale teraz i tak nie miałabym dla nich czasu. Jest Alice i Eva, a my tak długo nie gadałyśmy. Chwile plotkowałyśmy o naszych…ich miłościach i o naszej…ich szkole. Nagle wpadł doktorek, wcisnął mi jakiś druczek i długopis. Przeczytałam „wypis” i natychmiastowo podpisałam. Potem dał to samo Meg (chyba się jej bał) i poszedł.- idę do toalety.- powiedziała smerfetka i też wyszła. Szybko się przebrałam i z powrotem zajęłam się rozmową. Znowu nam przerwano. Tym razem to Harry. Niósł coś parującego.- pij- powiedział oschle. Był szorstki, ale w troskliwy sposób. Robimy postępy. Szybko oprurzniłam kubek pod czujnym okiem Styles’a.  
Po chwili wróciła Megie i po zapachu poznałam, że była na fajku, albo fajkach. O kurwa, też chce zapalić.- Meg daj mi but to już będziemy szli.- już chciałam wyjść z tego szpitala. Meg zrobiła wielkie oczy- Tak się składa, że ich nie wzięłam- wydukała.
-Oh…- takiego obrotu sprawy się nie spodziewałam- no to pójdę na bosaka- nie traciłam zapału, ale moje plany legły w gruzach, bo zanim się obejrzałam Harry chwycił mnie i podniósł  (oczywiście musiał głęboko westchnąć.)- chodźmy- powiedziała zadowolona Megie. Szliśmy korytarzami, aż doszliśmy do drzwi. Gdy tylko wyszliśmy na zewnątrz zaczęłam szczękać zębami i cała się trząść. Harry mocno mnie przytulił i w miarę możliwości okrył płaszczem. Mimo jego starań cała przemarzłam. Zaniósł mnie szybko na górę i położył do łóżka. Okrył szczelnie kołdrą i 2 kocami, ale i tak nie mogłam przestać  dygotać. Zrezygnowany spojrzał z politowaniem, po czym zaczął się rozbierać. Zdjął płaszcz, buty oraz jeansy  i wślizgnął się pod kołdrę. Obiął mnie i mocno przywarł całym sobą oddając całe ciepło. Nie minęło 5 minut i już spałam. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz